ODCINEK 10

Ten odcinek jest dla Ciebie, jeżeli ciekawi Cię...

  • Czym jest inbound marketing?
  • Jak podszedłem do mojego projektu?
  • Jakich narzędzi używam robiąc własny marketing?
  • Jakie inbound przyniósł efekty mojej firmie?

Słuchaj podcastu tam gdzie Ci najwygodniej.

Zasubskrybuj Podcast i otrzymuj powiadomienia o nowych odcinkach

Wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji handlowych środkami komunikacji elektronicznej wysyłanymi przez www.sellwise.pl oraz na wykorzystanie komunikacji email w celach marketingowych. (Polityka Prywatności).

Transkrypcja podcastu

Witam Was w dziesiątym odcinku, jest mi bardzo miło, że to już odcinek aż dziesiąty. To taki jubileusz i na samym początku tego podcastu chciałbym podzielić się z Wami pewnym rodzajem porażki, ponieważ ludzie w social mediach mają tendencję do dzielenia się tylko rzeczami fajnymi, tym, które się udały, chciałbym z tym trendem walczyć i przeciwstawić mu się, i powiedzieć o czymś, co mi się z kolei nie udało. Co mi się nie udało, to to, że przed tym podcastem wymyśliłem sobie, że fajnym by było odpowiedzieć na pytania od słuchaczy. Zauważyłem, że osób słuchających podcast jest już prawie dwa tysiące, nie, wróć, przepraszam, wysłuchań podcastu jest dwa tysiące, bo tak jest uczciwie powiedzieć. Niekoniecznie słuchaczy. Także wysłuchań podcastu jest około dwa tysiące i wydawało mi się, że to wystarczy, żeby dostać dziesiątki pytań osób stęsknionych za odpowiedziami eksperta w temacie sprzedaży. No i niestety się przeliczyłem słuchajcie, bo publikowałem na LinkedIn posta z prośbą o pytania i liczba pytań wyniosła magiczne zero. Poprzez LinkedIn. Dostałem jedno pytanie na maila, pytanie o to dlaczego założyłem firmę doradczą i jak do tego doszło, natomiast z racji, że to jest tylko i wyłącznie jedno pytanie, to odpowiem na nie przy innej okazji. Być może nawet zrobię na ten temat odcinek. Więc jakby dzieląc się tą moją porażką niestety nie udało mi się dostać pytań, więc że tak powiem, do gry wszedł regularny odcinek podcastu, bez odpowiedzi na pytania i w tym przypadku będzie to temat dla mnie bardzo ciekawy i temat, który zabrał bardzo dużo mojego czasu w ostatnim roku.

 

To jest moja przygoda z inbound marketingiem oraz jej efekty. Kiedy dzieliłem się z jedną z osób, która jest dość blisko Sellwise, tym, że chcę nagrać podcast, to poczułem u niej takie dziwne emocje związane z tym, że dzisiaj moja firma w pewnym sensie bazuje na inbound marketingu i w dużej mierze to dzięki niemu udaje nam się jakoś tam rosnąć i skalować. No i teraz teoretycznie niezbyt dobrym pomysłem jest dzielenie się publicznie jakimiś tam, nazwijmy to, półsekretami tego, co robię, co się udało, co się nie udało, co warto robić, czego nie warto, ale doszedłem do wniosku, że nawet jeżeli to pomoże urosnąć jakiejkolwiek mojej konkurencji, to znaczy, że cała branża, cały sektor konsultingu będzie się rozwijał, więc i ja na tym w pewnym sensie zyskam. To znaczy bardzo bym chciał, żeby branża konsultingu B2B w Polsce rosła możliwie bardzo. Oczywiście jeżeli ten odcinek pomoże jakiejkolwiek innej firmie, to też bardzo mnie to będzie cieszyć. Co będzie charakteryzowało ten odcinek, to to, że będę mówił o prawdziwym case. O case, który się wydarzył. To nie będzie jakieś tam czytanie artykułu, tylko będę mówił od samego początku o tym, co w Sellwise zostało robione, ile to trwało, z jakimi nakładami się wiązało i czy te inwestycje w inbound marketing mi się zwyczajnie zwróciła. Także nie przedłużając, przechodząc do konkretów, zachęcam do wysłuchania.

Inbound marketing – co to jest?

No dobrze, pora odpowiedzieć na najważniejsze pytanie, pytanie na samym początku, czym wspomniany inbound marketing jest. Na pewno jest część słuchaczy, którzy zachodzą w głowę i niestety nie odnajdują w niej odpowiedzi, w związku z tym spieszę ze wspominają odpowiedzią. Inbound marketing to strategia marketingowa, która polega na działaniach umożliwiających moim potencjalnym klientom samodzielne odnalezienie mojej firmy i skontaktowanie się z nią. Krótko mówiąc, może to być za pomocą bloga, może to być za pomocą dobrej strony internetowej, nawet bez bloga, ale która ładnie, dobrze jest zoptymalizowana i świetnie opowiada o moich produktach i usługach. To może być kanał na YouTube, to może być podcast, to może być wiele innych kanałów. Jednocześnie wszystkie te kanały łączy to, że to odbiorca samodzielnie podejmuje decyzje o tym, żeby się ze mną skontaktować i samodzielnie znajduje wspomniany przekaz marketingowy, choć dojdziemy dzisiaj do tego, że niekoniecznie przekaz marketingowy powinien to być. Jest to oczywiście w opozycji do wszelakich strategii outbound marketingowych, czyli takich, nazwijmy to, agresywnych form reklamy. Każdy oczywiście doświadczył tego, że kiedy chciał kupić aparat fotograficzny, to przez kolejne dwa tygodnie musiał obserwować na Facebooku reklamy aparatów fotograficznych. Podobnie dzieje się przed świętami, kiedy jeżeli widzimy reklamę na Facebooku z czymś, o czym marzymy, to znaczy, że nasz partner albo ktoś, kto ma dostęp do tej samej sieci, taki prezent właśnie nam pod choinkę kupił albo kupi.

Więc outbound marketing to też coś tak trywialnego jak powiedzmy spoty reklamowe w telewizji, jakieś bilbordy czy popularne i znienawidzone pop-up’y, wyskakujące okna, które mówią „napisz do nas”, „skontaktuj się z nami, będzie świetnie”. Można powiedzieć też, że inbound marketing to jest taki mokry sen wszystkich przedsiębiorców. To znaczy każdy chciałby mieć taki kanał dotarcia do klientów, który jest samodzielny. On dwadzieścia cztery na siedem sobie funkcjonuje. Ludzie ten nasz przekaz marketingowy odnajdują i podejmują samodzielnie decyzje o skontaktowaniu się z naszą firmą. A my oczywiście nic nie robimy, tylko skupiamy się na tym, żeby do tych klientów wysyłać oferty, żeby te oferty były dobre i żeby ci klienci w jak największej ilości kupowali od nas niemalże stale, z pełną radością i żeby nasza firma rosła, skalowała się i żeby było świetnie. Skoro jest to mokrym snem, to dlaczego tak rzadko działa? Dlaczego tak wiele firm ma bloga, jednocześnie nie generując z niego żadnego przychodu? Co sprawia, że inwestujemy bardzo długi czas w inbound marketing, nawet nie wiedząc, że to się nazywa inbound marketing? To znaczy robimy tego typu działania, ale one nie przynoszą nam żadnego zwrotu. Myślę, że nie mam niestety badań dla Was, żebym mógł jasno powiedzieć, jak często się to zdarza, natomiast ja bardzo łatwo jestem w stanie rozpoznać, czy blog, na który trafiłem, generuje klientów, czy nie, czy to są fajne treści, czy nie, czy ten ktoś inwestuje w tego bloga z głową, czy też nie. Niestety bardzo często widzę, że te wszystkie projekty inbound marketingowe są tworzone tak, że niestety nie mają szansy nigdy się zwrócić. Mój kanał inbound marketing szczęśliwie mi się zwrócił. Nie wiem do końca, od którego czynnika to zależało, bo to jest bardzo złożone zadanie i bardzo złożony projekt, natomiast w najbliższych minutach opowiem Wam o tym, jak podszedłem do mojego kanału inbound marketing, a następnie będę to mieszał też z narzędziami, których do tego używam. Na sam koniec zakończymy podcast efektami, które udało mi się osiągnąć.

Inbound marketing – początki

A teraz kilka słów o historii. Sellwise powstało na początku 2017 roku. Ja wtedy byłem dyrektorem sprzedaży w jednej z krakowskich firm i ideą, która przyświecała mi przy zakładaniu Sellwise, było stworzenie bloga o sprzedaży. Ja wtedy byłem niesiony, nazwijmy to, taką motywacją do tworzenia treści, dzielenia się tym, co umiem, czego się uczę, natomiast na tamten czas niekoniecznie jakoś bardzo zastanawiałem się nad tym, po co to jest, czemu to ma służyć i czy ja na tym w ogóle zarobię. To znaczy w ogóle nie tworzyłem tej strony i tego bloga z myślą o tym, że kiedykolwiek będę na tym zarabiał, tylko robiłem to z takiej, nazwijmy to, czystej pasji, chociaż na LinkedIn ktoś mi napisał ostatnio, że nie istnieje coś takiego jak pasja w pracy, natomiast ja się z tym absolutnie nie zgodziłem, bo ja tego bloga oczywiście z pasji tworzyłem. No bo jak można nazwać tworzenie czegoś po godzinach tylko po to, żeby to tworzyć, nie rozumiejąc jak kiedykolwiek da się to spieniężyć. Więc można powiedzieć, że ja w inbound marketing wszedłem zanim w ogóle wiedziałem, że będę miał kiedykolwiek kanał inbound marketingowy. Praca na serio nad moim blogiem, nad tym kanałem czy źródłem pozyskiwania klientów, zaczęła się w lutym, marcu 2018 roku, a zatem około dziesięć miesięcy temu. To było dość niedawno, więc z takiej perspektywy czasu będziemy mówili o działaniach i o tych efektach, o których wspominałem. Sellwise wtedy jako blog był dość chaotyczny. To był taki okres, w którym ja nazwałem swoją firmę, wypisałem jej produkty, zacząłem pracować z klientami. Natomiast ci klienci, żaden z nich nie pochodził niestety z kanału inbound marketingowego, natomiast kiedy zdecydowałem, że chciałbym zajmować się tym na serio, pierwszym krokiem, który zrobiłem, było określenie w ogóle ludzi, do których chcę trafiać. To, kim ten człowiek jest, gdzie bywa, co robi na co dzień, czym się zajmuje, jakie ma problemy, czego szuka. W moim przypadku, nie będę wchodził bardzo w detale tego jak to się odbyło i jakby w detale tego jak te persony w moim przypadku powstały, natomiast to były głównie dwie persony. Jedna to było prezes, właściciel firmy. Druga to był dyrektor sprzedaży. Ja do tego pierwszego kroku, który zrobiłem, w drugim kroku zastanowiłem się nad taką mapą treści, która dla tych ludzi może być interesująca. Treści w sprzedaży mają taką wadę, że bardzo dużo zostało już napisane i bardzo dużo zostało już powiedziane. Nie jestem pierwszym człowiekiem, który używa inbound marketingu w obszarze sprzedaży. W związku z tym mi bardzo zależało na tym, żeby te treści były trochę nieoczywiste, żeby one rozwiązywały często rzadsze problemy, ale rozwiązywały je dobrze. Na tym etapie ja zacząłem te treści tworzyć bardzo kierunkowo. To znaczy z bardzo dokładną myślą o tym, kto te treści będzie czytał i z bardzo dokładnym pomysłem, co we wspomnianych treściach znajdzie. Istotne jest powiedzieć tak, że ja mam dość duży problem z treściami w Internecie. To znaczy jest bardzo dużo treści w Internecie i jednocześnie bardzo mało. Bardzo łatwo się o tym przekonać wpisując dowolny problem w Google, próbując znaleźć rzeczywiste, rzeczowe rozwiązanie. Bardzo wiele blogów funkcjonuje na takiej zasadzie, że w nagłówku jest problem, ja ten problem wygooglowałem, wchodzę na tego bloga, żeby ten problem sobie rozwiązać, żeby o nim przeczytać, natomiast treść rozwiązuje mi dziesięć procent tego problemu i mówi, a teraz, jeżeli chcesz rozwiązać cały swój problem, to tu mi zostaw dane albo zadzwoń, albo zapłać. I ja tego strasznie nie lubię.

To jest jeden obszar, a drugi jest taki, że zwyczajnie widzę też, kiedy ktoś tworzy bloga, dlatego że szef kazał albo że dział marketingu usłyszał na jakiejś konferencji, że fajnie jest mieć bloga, albo nasza konkurencja ma bloga. To znaczy robimy bloga, ale w sumie to nie wiemy, po co robimy tego bloga. Robimy, bo w sumie to nikt nie wie, po co go robimy. Na pierwszy rzut oka widzę, kiedy firma ma takiego bloga, bo wypada lub kiedy firma ma takiego bloga, który rzeczywiście ma szansę dla niej przynieść jakiekolwiek zyski. Zostając na chwilę przy tej treści, ja też podjąłem taką decyzję, że wszystkie treści będę tworzył samodzielnie, że nie będę ich zlecał, ponieważ w pewnym sensie z szacunku dla mojego odbiorcy nie chciałbym, żeby czytał on treści pisane przez copywritera, który pisze teksty dla wszystkich branż i o wszystkim. Nie mam nic przeciwko zlecaniu tekstów poważnym, rzetelnym copywriterom, którzy specjalizują się w danej branży. To jest okej, ale to jest dla mnie okej tylko i wyłącznie wtedy, kiedy rzeczywiście ten tekst, który powstał, jest merytoryczny i w jakikolwiek sposób mi pomaga. Kropka, kropka i jeszcze raz kropka. W związku z tym pierwsze dwa najważniejsze kroki, które zrobiłem, to określenie, do kogo chcę trafiać. I drugi, wymyślenie tego, jakie to będą treści i jak zrobić tak, żeby one były ciekawe i żeby ludziom chciało się je po prostu czytać albo słuchać, bo to obecnie mam również podcast, to jest nowy projekt. O tym powiem trochę później.

Moim trzecim problemem, który napotkałem na swojej drodze, było doprowadzenie do tego, żeby ktoś czytał te treści. Taki problem. Bo można mieć wspaniałe treści, które są genialnie napisane, które świetnie rozwiązują problemy, ale są nic nie warte, jeżeli nikt ich nie czyta. W związku z tym musiałem zabrać się za działanie, które nazywa się pozycjonowanie. Jak się okazało po dość długim czasie dość szczęśliwie dla mnie, ja się pozycjonowaniem i optymalizacją swojej własnej strony zająłem samodzielnie. Trochę dlatego, że mnie to intrygowało, natomiast głównym powodem było to, że zwyczajnie nie miałem budżetu wówczas na te działania. Budżet kierowałem w zupełnie innym kierunku. Podjąłem taką decyzję o tym, że zajmę się tym samodzielnie. O samej stronie internetowej powiem chwilę później, bo tu będę miał parę sugestii dotyczących tego, jaka ona powinna być, natomiast teraz skupię się chwilę na pozycjonowaniu. To nie jest odcinek, w którym ja będę mówił o tym, jak się pozycjonuje stronę. Istotne jest to, że to nie jest rocket science. Algorytmy Google są stworzone w taki sposób, aby promować fajne treści na fajnych stronach. Kropka. I teraz, jeżeli tworzymy fajne treści, mamy fajną stronę, pod słowem fajną mam na myśli fajną technologicznie, bo to Google najbardziej interesuje, to zawsze ta strona się szybko ładuje, jest sprawna, dobrze wyświetla się na urządzeniach mobilnych, w ogóle ma wersję na urządzenia mobilne, czyli fajna strona, która jest przystępna dla użytkowników, szybko się uruchamia oraz posiada wartościowe treści. Mógłbym powiedzieć, że oczywiście same wartościowe treści wystarczą, bo jeżeli mamy wartościowe treści, to inni będą pisali o naszych wartościowych treściach i będą powstawały tak zwane linki, które dla Google są bardzo istotne. Oczywiście fajnie, gdyby tak było, ale niestety nie zawsze tak jest lub wręcz nigdy tak nie jest, natomiast powiem chwilkę dosłownie o tych linkach, bo ja do strategii linkowania swojej strony podszedłem trochę inaczej niż podchodziłem kiedykolwiek wcześniej. To trochę wynikało z tego, że miałem niestety pecha trafić na bardzo fatalne firmy zajmujące się pozycjonowaniem. Główne słowa, które przychodzą mi do głowy na temat tamtych firm, niestety nie nadają się na to, żeby powiedzieć je na głos w tym podcaście, bo zostałbym najprawdopodobniej wyrzucony z iTunes, ze Spotify i z całej reszty fajnych platform, więc nie powiem tych słów, ale to są jedyne słowa, które do głowy mi obecnie przychodzą. Natomiast zawdzięczam tamtym firmom to, że zająłem się linkowaniem sam. Doszedłem do wniosku, że wolę mieć mało linków, ale bardzo silnych i bardzo prawdziwych. To znaczy doprowadzałem do sytuacji, w której strona trzecia chciała napisać coś o mnie, ale oczywiście nie za darmo, na świecie za darmo nic nie ma. Musiałem coś tej drugiej stronie dać. A najlepsze, co mogłem jej dać, to fajne treści. Bo potrafiłem je tworzyć. W związku z tym zacząłem budować profil linkowy, ale bardzo odpowiedzialnie, bardzo rzeczowo. Nie kupowałem żadnych płatnych linków i nie próbowałem wykiwać w pewnym sensie algorytmu Google. Trochę to o tym tworzeniu wartościowym treści i wartościowych treści w moim przypadku się sprawdziło, bo mam dość dużo linków ze stron trzecich, kierujących ludzi do mojego bloga na zasadzie takiej „Hej, to jest taka fajna treść, przeczytajcie sobie”. Więc w moim przypadku też jakieś tam swoje zastosowanie to znalazło. Ja na sam koniec będę mówił o efektach tego swojego pozycjonowania i tego jak to obecnie wygląda, ale to na koniec. Teraz wróćmy do samej strony, bo jakby wydaje mi się, że znowuż same wartościowe treści, samo to, że jesteśmy wysoko w Google, znowuż nie jest jedynym warunkiem sukcesu. Niestety. Uważam, że bardzo duże znaczenie ma to, jak ta nasza firma, czy jak ten nasz marketing zwyczajnie wygląda, czy to jest ładne i czy to jest schludne, ale niekoniecznie myślę tylko i wyłącznie o tym, ale myślę o tym, czy ludzie chcą na naszej stronie zostać i coś robić dalej, czy nie. Mówiłem o tym, że na moje szczęście sam mogłem się zająć moją własną stroną oraz jej pozycjonowaniem. To, że mogłem się nią zająć samodzielnie skończyło się tym, że w bardzo w pewnym sensie maniakalny sposób analizowałem jak ludzie na tej mojej stronie się zachowują, czy trafiają pod ścianę, czy też nie. Czy moja strona ma jakieś wąskie gardła, czy też nie ma. Bo jeżeli na dany wpis czy na dany wpis blogowy, czy na daną podstronę, wchodziło do mnie określona liczba osób i dziewięćdziesiąt dziewięć procent tych osób wychodziło bez zrobienia dalej akcji, to znaczy, że coś tam nie grało. To znaczy, że albo nie dałem tym ludziom wystarczająco dobrej treści, albo sama moja strona nie zachęciła tych ludzi do zrobienia czegoś dalej. Z jednej strony wchodzę tutaj w obszar taki, który ja nazywam call to action. To znaczy, jeżeli daję komuś treść, to daję też call to action, czyli wezwanie do działania dla tego czytelnika. To znaczy tutaj masz fajną, wartościową treść, ale tak w ogóle to jeszcze możesz sobie to pogłębić albo zamawiając jakąś rozmowę z konsultantem, albo w inny sposób, w zależności od tego, jaka jest to treść. Czyli dbam o to, żeby nie tylko dać komuś fajną treść do przeczytania, ale też fajne wezwanie do działania, które będzie dla tego kogoś znowuż wartościowe. To znaczy ja bardzo nie lubię takich treści, w których ktoś googluje problem, trafia na wpis blogowy i odnajduje w nim pięć procent z zagadnienia i poniżej jest: „A teraz tutaj daj nam swoje dane, to damy ci dostęp do całej treści”. O kurczę, ja tego tak nie lubię. Dla mnie to jest trochę szantaż i uważam, że to nie działa. To znaczy te dane, które dostajemy wtedy, właśnie kompletnie nie są samodzielnie. To nie jest tak, że daliśmy je, bo ktoś mnie zaszantażował, nie? Tutaj miałeś kawałek fajnej treści, ale jak chcesz mieć więcej, to mi tutaj zostaw dane.

Wracając trochę do strony, myślę, że bardzo takim obrazowym przykładem będzie to, że od momentu, kiedy call to action na mojej stronie zamiast czarnobiałe stało się niebieskie, to konwersja mi skoczyła dwa razy i to jest świetny przykład, bo rzeczy, które pozornie wydają nam się nieistotne, zaczynają mieć prawdopodobnie duże znaczenie wtedy, kiedy przychodzi do konkretnej konwersji. I tutaj takim popularnym przykładem jest tam na przykład Brand24, który jest pewnie znany niektórym słuchaczom. Historia, w której oni zmienili formularz kontaktowy na prostszy i ludzie zaczęli go dużo chętniej wypełniać, i dużo więcej kont się zakładało. A to była jakaś strasznie mała zmiana, więc ja rzeczywiście widzę dokładnie zastosowanie tego w swojej firmie. Takim najczęstszym problemem, który dostrzegam w tym obszarze, jest to, że strona internetowa jest tworzona przez jedną firmę, jest pozycjonowana przez drugą, często tworzy na nią treści trzecia firma i jeszcze jakaś pani z sekretariatu napisała tekst na podstronę o nas albo na podstronę z usługami. Cała koncepcja nie ma w sobie takiego spójnego pomysłu. To znaczy, jeżeli już dajemy komuś wartościową treść, to jeszcze przy okazji to wszystko, co jest naokoło tej wartościowej treści jest również wartościowe, przemyślane, fajne i sprawia, że po tym chce się chodzić, chce się czytać, że chce się dowiedzieć więcej o tej firmie.

No więc tak, wiemy do kogo, wiemy, jakie treści, wiemy, że te treści muszą być fajne, wiemy, że strona musi być pozycjonowana i że nie jest to jakiś super rocket science i że można to zrobić samodzielnie. Wiemy, że strona musi być interesująca dla czytelnika, musi go wzywać do działania i to w odpowiedni sposób i to wezwanie do działania nie może być szantażem, musi być też kolejnym w pewnym sensie daniem wartości dla tych klientów. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ja w swoim podcaście, bo podcast też jest odmianą inbound marketingu, nie robię żadnych wezwań do działania, dlatego że uznaję to znowuż za w pewnym sensie taki pół szantaż. To znaczy ja w ogóle podcastu nie tworzę z nadzieją na to, że jakoś specjalnie na nim zarobię. To znaczy tworzę go raz, że dla samej radości tworzenia i oczywiście daje mi to dość dużo satysfakcji, natomiast nie mówię tutaj co chwilę o tym, że a teraz wejdźcie na sellwise.pl i tam kliknijcie coś tam, bo jak nie to przestanę nagrywać. Znowuż nie wierzę w takie call to action i nie wierzę w to, że jeżeli bym coś takiego robił, to jakkolwiek by Wam to pomogło. Wyobrażam sobie scenariusz, w którym na przykład pod koniec jakiegoś podcastu mówię, że materiały do tego podcastu są na przykład do ściągnięcia na takiej i takiej stronie. Wtedy oczywiście pozyskam w pewnym sensie Wasze dane jako słuchaczy, ale to będzie dlatego, że znowuż samodzielnie będziecie mogli podjąć decyzję, że to, co za te dane dostaniecie, jest dla Was potrzebne i wartościowe i będzie to w pewnym sensie forma szantażu, nazwijmy to. W tym obszarze kolejny, jeden z ostatnich punktów, to było to, że ja nie chciałem tworzyć przekazu marketingowego na swojej stronie internetowej o treści „Hej, jesteśmy firmą, która zajmuje się konsultingiem i w ogóle świetnie to robimy, i sprawimy, że twoja firma urośnie, będzie miała ośmiocyfrowy przychód, a teraz zostaw dane”. Och Jezu, jak ja tego nie lubię. Mamy fajną firmę, która robi fajne rzeczy i jedyne, co mówimy naszym klientom, to to właśnie, że mamy fajną firmę, ona robi fajne rzeczy, a teraz zostaw dane albo do nas zadzwoń. Ja tego strasznie nie lubię. To znaczy jak wejdziecie na sellwise.pl to zobaczycie, że Sellwise ma taką zakładkę jak co robimy. Ona jest już trochę nieaktualna, ponieważ robimy dużo więcej niż tam jest zawarte, ale niekoniecznie aktualnie mam czas na to, żeby to rozbudować. Natomiast ja nie marketinguję Sellwise na zasadzie takiej, że napiszmy, coś tutaj wymóżdżymy, jakoś Ci tam pomożemy, tylko jest tak, że mamy na razie jakąś konkretną listę usług. To jest tak, że robimy stały konsulting i doradztwo dla firm, to jest na przykład tak, że robimy systemy premiowe dla handlowców, że robimy strategie sprzedaży, że pomagamy we wdrażaniu oprogramowania w sprzedaży, że robimy audyty sprzedaży i tak dalej, i tak dalej. Każda z tych usług ma swoją osobną podstronę, swojego osobnego, nazwijmy to, landing page’a, który pogłębia temat tej usługi. Mówi trochę o tym, jakby jak my daną usługę robimy, do kogo ona jest kierowana, w czym ona pomaga. Uważam, że to jest znowuż uczciwe podejście, bo mój czytelnik zanim podejmie decyzje o skontaktowaniu się ze mną, może się więcej dowiedzieć o tym, co ja robię. Ja w ogóle daję taką możliwość i w pewnym sensie też pokazuję, że nie mam nic do ukrycia, że jestem szczery i że to jest trochę kawa na ławę i że to nie jest tak, że ktoś się musi przełamać taką barierę wewnętrzną, żeby zostawić u mnie swoje dane, licząc na to, że może robię to, czego potrzebuje, ale jak nie robię, no to najwyżej stracę dziesięć minut. To jest dla mnie w pewnym sensie bardzo istotne. Takim ostatnim elementem tej mojej inboundowej układanki pod kątem samej koncepcji jest to, że oprócz pozycjonowania dość dużym źródłem ruchu w przypadku mojej strony są social media, czyli tak naprawdę takie naturalne środowisko dla ciekawych treści, bo w social mediach ciekawe treści, to jest takie nawet słowo, jest to marketing wirusowy, marketing wirusowy to jest takie nakłonienie odbiorców do dobrowolnego rozpowszechniania informacji czy treści i dość istotnym dla mnie kanałem jest LinkedIn, ponieważ około dwadzieścia pięć procent całego ruchu w Sellwise rzeczywiście pochodzi z LinkedIn. LinkedIn jest o tyle fajny, że znowuż na LinkedIn mam zbudowaną sieć dyrektorów sprzedaży, właścicieli firm, ale i nie tylko. Widzę często, że ludzie po prostu wchodzą do tych treści i je czytają. Natomiast na dzień dzisiejszy wydaje mi się, że nawet gdybym tego LinkedIn odciął, to cała maszynka dalej by działała. LinkedIn prowadzę raczej dlatego, że mogę tam poznać ciekawych ludzi i poczytać też o ciekawych rzeczach niż z jakąś super nadzieją na to, że jakoś strasznie dużo na tym zarobię. To tyle z tego rozdziału. Pokrótce wyjaśniłem moją koncepcję inbound marketingu, a teraz, w kolejnej części, opowiem Wam o wszystkich narzędziach, które używam na co dzień przy pracy, przy inbound marketingu.

Inbound marketing – narzędzia

Narzędzia, o których będę mówił, w wielu przypadkach mogą nie być dla Was odkrywcze, natomiast wyobrażam sobie, że będzie część słuchaczy takich, dla których jak najbardziej mogą być odkrywcze. W związku z tym pierwsze narzędzie to narzędzie do zarządzania treścią w ogóle na stronie internetowej, czyli ogólnie nazywany CMS. W moim przypadku tym CMS-em był i dalej jest WordPress. Jest dość dużo takich zarzutów dla tej platformy, mówiących o tym, że nie do końca jest tak, że ona jest jakoś super bezpieczna, być może nie jest jakimś super najlepszym wyborem, jaki można zrobić, natomiast w moim przypadku ta platforma się sprawdza. Czyli WordPress. Ja mam WordPress postawiony na jednym z motywów i również jest to dla mnie istotne. To znaczy to nie jest tak, że moja strona jest zaprojektowana graficznie i wycięta, jakakolwiek modyfikacja na niej wymaga współpracy grafika z programistą, który będzie mi przepisywał w pewnym sensie interfejs. To jest motyw, dzięki któremu mogę przebudować tą stronę w piętnaście minut na dowolne sposoby, na jakie będę miał ochotę tak naprawdę. Jestem już dość mocno zaawansowany w używaniu tego motywu. Z łatwością potrafię doprowadzić do sytuacji, w której najpierw wymyśliłem, co chcę, a potem to mam. Czyli da się to zrobić. Oczywiście to ma swoje granice i nie da się zrobić tak wielkich cudów wianków jak strony pisane bezpośrednio pod moją potrzebę, natomiast w moim przypadku doszedłem do wniosku, że to jakby się nie spłaciło. Wartość, którą dedykowanie, napisana strona, by wniosła, nie byłaby na tyle istotna, żeby cokolwiek z nią się dalej wydarzyło.

Kolejnym elementem, narzędziem, którego używam, był na przykład SSL. To znaczy bezpieczne połączenie z moją stroną. To, że mam w adresie https, a nie tylko http. I też miałem takie wrażenie, gdzieś wyczytałem, że być może jest tak, że jeżeli strona jest bezpieczna, to znowuż jest bardziej promowana na przykład przez Google.

Innym narzędziem, które może się wydać dość nieoczywiste, jest na przykład hosting. Ponieważ wspominałem w poprzednim punkcie czy poprzednim rozdziale o tym, że szybkość strony ma znaczenie i ja dość długo się borykałem z taką firmą, która nazywa się Nazwa.pl i tam był dom mojej strony internetowej. Miałem kilka takich dość trywialnych problemów. To znaczy głównie to były dwa problemy. Pierwszym było to, że czas odpowiedzi serwera był zastraszająco długi i tutaj Nazwa nie była w stanie mi pomóc. A drugi problem był taki, że w HTA Access dla wiedzących czym to jest to od razu mówię, miałem wyraźnie zaznaczone to, że włączam GZIP-a, a GZIP to była funkcjonalność, która sprawiała, że strona była mniejsza i się szybciej ładowała, tak po prostu. I jednocześnie niestety ten GZIP mi się nie włączał i znowu Nazwa twierdziła, że to absolutnie nie ich wina. Ja się przeniosłem do Zenboxa. To taki wybór pierwszy z lewej. Jakoś super się nad nim nie zastanawiałem. To, co zwróciło mi uwagę, to to, że oni robią przeniesienie w cenie. Dałem im wszystkie dane dostępowe i za dwa dni miałem przeniesioną stronę internetową. Bez problemów już z czasem odpowiedzi serwera i z włączonym GZIP-em jak się okazało. Tak banalne narzędzie jak hosting ewidentnie w moim inbound marketingu mi pomogło. Teraz słów parę na temat samej szybkości strony. To było zrobione, żeby ta strona ładowała się szybciej to było zrobione na naprawdę wiele różnych sposobów. Nie chciałbym za bardzo wchodzić w technikalia, bo z jednej strony to połączenie CSS-ów, trochę przepisywanie JavaScriptów, trochę optymalizacja obrazów, trochę wszystkiego po trochę, natomiast dla Was informacja jest taka, że jeżeli macie stronę internetową i ona już jest przemyślana, wiemy, jak klient ma po niej chodzić, wiemy, jakie wezwanie do działania dać klientowi, wiemy, jak tą stronę skonstruować, żeby było dobrze, to teraz jeszcze fajnie byłoby znaleźć firmę, która zoptymalizuje tą stronę pod kątem szybkości działania i kropka.

Kolejnym narzędziem, moim narzędziem codziennego użytku jest Google Analytics. I teraz Google to jest taka platforma, która pokazuje mi dokładnie, ile ludzi było, co robiło, ile to trwało, ile wyszło, ile weszło, gdzie przeszło, jakie w ogóle było zachowanie tych ludzi, co to byli za ludzie. Na poziomie też ogólnym jestem w stanie zbadać jak ludzie interagowali z moją treścią. To znaczy, co z nią robili i ile to trwało. Więc dla mnie jest to narzędzie pierwszej potrzeby. To nie jest tak, że ja używam wszystkich obszarów Google Analytics, bo tak nie jest. Dla mnie najważniejsi są odbiorcy. To znaczy, ile unikalnych osób miałem w ostatnim czasie na swojej stronie. A druga dla mnie najważniejsza rzecz to skąd te osoby do mnie trafiły, przez jakie źródło i medium trafiły na moją stronę. I na to też rzeczywiście zwracam uwagę, czy to był Facebook, czy to był LinkedIn, czy to była jakaś kampania mailowa, czy to był Google. Tutaj też jest tak, że na poziomie tego ja na przykład sprawdzam, które kanały są bardziej skuteczne, czy ruch z Google to jest ruch bardziej wartościowy, czyli czy dłużej zostaje na stronie, czy więcej ogląda, czy być może z reklam jest bardziej wartościowy. To od razu mogę Wam powiedzieć, że organiczny, prawdziwy ruch z Google, jest najbardziej skuteczny. To znaczy ci ludzie chętniej zostają na stronie, chętniej przeglądają ją szerzej i dłużej na niej zostają, mówiąc wprost. Trzeci obszar z Google Analytics, który jest dla mnie bardzo istotny, to, co ci ludzie robili na tej mojej stronie, co oglądali, jak długo oglądali, czy na tej danej treści zostali długo, czy krótko, czy wyszli, a jeżeli tak, to gdzie, na którą podstronę, co się dalej działo. Więc oczywiście mam też ustawione coś takiego jak konwersje, to znaczy po czym Google Analytics ma poznać, że klient czy ktoś, kto wszedł na moją stronę, dobrnął do celu, na którym mi zależy i również badam, ile wynosi ta skuteczność do dochodzenia do celów w przypadku różnych kanałów. Tyle o Google Analyticsie. Nie będę przedłużał.

Kolejnym narzędziem, którego używam i które jest chyba dla mnie najbardziej istotne w przypadku inbound marketing, to Google Search Console. Tutaj mogę zobaczyć, co ludzie wpisywali, trafiając na moją stronę internetową w Google. Ile w danym okresie czasu ludzie wpisali danych słów i ile razy kliknęli. Mam wrażenie, że te dane, które tutaj widzę, to nie są pełne dane. Nie wiem, z czego to wynika. Mam takie poczucie, że to nie są wszystkie kliknięcia, które rzeczywiście dostaję, natomiast jakby jest to dla mnie wystarczająca wiedza, która pomaga mi znowuż lepiej tworzyć treści, ponieważ jeżeli jakieś hasło wyjątkowo często jest wyświetlane, ale mało klikane w moim przypadku, to mogę stworzyć treść bardziej skupiającą się na tym haśle, która je pogłębia. Natomiast taką najfajniejszą dla mnie informacją, która jednoznacznie ocenia moje postępy, jest tak zwana skuteczność w Google Search Console. To znaczy widzę, ile każdego dnia było wyświetleń mojej strony w Google oraz ile było kliknięć i czego te kliknięcia dotyczyły. Jednocześnie, przepraszam, dodam jeszcze jedną rzecz, widzę dokładnie te linki, o których wspominałem, które strony do mnie linkują, jak często i ile tych linków. Więc Google Search Console jest dla mnie w tym przypadku naprawdę bardzo istotne.

Jeszcze innym narzędziem, które osobiście używam, jest SEO Station. Nie jest to jakoś dla mnie bardzo kluczowe. Wydaje mi się, że SEO Station można bardzo łatwo zastąpić innymi narzędziami. To jest dla mnie taki barometr ewentualnego stresu dla mnie samego. To znaczy, jeżeli mam mniej odwiedzin niż zawsze, to sobie wchodzę tutaj i patrzę, czy to wynika z tego, że pozmieniały mi się pozycje, czy nie. Mam tutaj wpisane około trzydzieści haseł, które są dla mnie istotne i sprawdzam, jaką każdego dnia te hasła mają pozycję w Google. Dzięki temu też widzę, czy znowuż moje działania idą w dobrą stronę, czy zupełnie nie. Mogę dostawać na przykład powiadomienia o tym, że któraś fraza jakoś wyjątkowo daleko opadła w Google lub straciła wartość.

Jeszcze innym narzędziem, z którego korzystam jest Magestic. Tutaj oczywiście dla wszystkich pozycjonerów będzie dobrze znany. To są takie dwie miary, które są dla mnie istotne. Pierwsza to trust flow i druga, station flow. Pierwsza wskazuje na jakość linków, a druga na ilość. I to też jest w pewnym sensie dla mnie taki barometr tego, czy dobrze mi idzie, czy idzie mi źle, bo mogę dostać taki wyraźny feedback na temat tego, czy to, co robię, prowadzi tą stronę w dobrym kierunku, czy też w złym.

Przedostatnim narzędziem, które używam, jest marketing automation. Teraz znowuż będzie na pewno dedykowany odcinek o marketing automation, bo ja jestem wielkim fanem, natomiast w dużym skrócie marketing automation umożliwia mi dokładniejsze, jakby w obszarze inbound marketingu, bo marketing automation ma dużo więcej zastosowań, w obszarze inbound marketingu pozwala mi rozumieć jak konkretni ludzie przez moją stronę przechodzili w momencie, kiedy się ze mną skontaktowali. I mogę dzięki temu wyciągać dużo więcej fajnych wniosków na temat tego, czy ta moja strona pracuje w taki sposób, w jaki sobie wyobrażałem, czy znowuż zupełnie nie. Czerpię z tego źródła bardzo wiele danych, które pomagają mi też w lepszy sposób tą stronę optymalizować. Nie będę wspominał o tym jakoś bardzo szeroko, że używam oczywiście, między innymi jak dostaniecie, jeżeli zasubskrybujecie mój podcast, to z tego systemu dostaniecie powiadomienie o nowym odcinku, bo to on właśnie pomaga mi automatyzować wiele działań marketingowych związanych ze sprzedażą, tak po prostu.

Ostatnim narzędziem, którego używam, jest Albakros. Albakros jest niektórym znany. To jest takie narzędzie, które pomaga mi rozumieć, jakie firmy wchodziły na moją stronę internetową. Oni bez naruszania dyrektywy RODO, czyli nie podając żadnych danych osobowych, z ciasteczek osób odwiedzających stronę potrafią mi powiedzieć, jakie firmy odwiedzały dzisiaj moją stronę internetową. Nie jest to dla mnie jakaś taka super cenna wiedza, bo ja z niej jakoś bardzo nie korzystam, natomiast w przypadku, w którym ktoś na przykład targetuje aktywnie firmy na LinkedIn mógłby stąd brać nazwy firm po to, żeby je później wytargetować na LinkedIn, prowadząc do nich bezpośrednią kampanię marketingową na przykład.

Tyle z narzędzi. Te wszystkie narzędzia pomagają mi w tym, żeby skutecznie dowiadywać się, jakie treści powinienem tworzyć oraz skutecznie oceniać jakość mojej pracy i to, czy działania, które robię, prowadzą mnie w dobrym kierunku czy wręcz przeciwnie, w kierunku fatalnym, który sprawia, że projekt się nie rozwija. Tyle o narzędziach. Przejdźmy do efektów.

Inbound marketing – po co?

Jakie mam z tego wszystkiego efekty? Najważniejszym efektem dla mnie jest widoczność mojej strony w Google na dzień dzisiejszy. W momencie, kiedy zaczynałem swój projekt w lutym, to widoczność sellwise.pl w Google była na poziomie około dwustu, stu pięćdziesięciu wyświetleń dziennie i około pięciu, siedmiu kliknięć, czyli około pięć, siedem osób dziennie wchodziło na moją stronę internetową po to, żeby coś na niej przeczytać i od razu Wam powiem, że to było bardzo mało. Bardzo, bardzo mało. Na pewno nie na tyle dużo, żeby jakkolwiek móc zauważyć ten inbound marketing wyraźnie w przychodach. Mniej więcej w czerwcu, czyli zaledwie cztery miesiące później, to było już około osiemset, siedemset wyświetleń i około trzydzieści, czterdzieści kliknięć. To już był taki okres, w którym ja zacząłem mieć wyraźny wzrost kontaktów ludzi pochodzących z inbound marketingu, którzy widać było, że sami znaleźli moją firmę i sami chcieli ze mną porozmawiać. Czyli można powiedzieć, że około trzydzieści, czterdzieści osób dziennie w moim przypadku wyraźnie już dawało mi ilość leadów, nad którą mogłem pracować. Na dzień dzisiejszy, w styczniu, jestem na poziomie około dwóch tysięcy wyświetleń w Google i około stu dwudziestu kliknięć dziennie. To już jest w moim przypadku dość dużo i dość dużo tych ludzi do mnie rzeczywiście wchodzi. Jeżeli by to podsumować za ostatni miesiąc na przykład, to łącznie mam tych wyświetleń około czterdzieści pięć tysięcy i około dwa i pół tysiąca wejść bezpośrednio na samą stronę internetową. W moim przypadku jest to już naprawdę bardzo dużo. Wyraźnie widzę też efekt, który z tego przychodzi, a o tym efekcie końcowym za chwilę. Jeżeli chodzi o same dane dotyczące tego, ile na przykład w ostatnich trzydziestu dniach i teraz uwaga, ostatnie trzydzieści dni zahacza o święta, więc jest trochę niemiarodajne, to jest około trzech tysięcy użytkowników na stronie w ciągu ostatnich trzydziestu dni. Te trzy tysiące użytkowników to już jest rzeczywiście taka ilość, na której da się coś wypracować. Co takiego ten inbound marketing w mojej firmie wypracował? No bo na to pytanie wszyscy czekają. Inbound marketing na dzień dzisiejszy przynosi mi około dwudziestu leadów miesięcznie. To jest być może niedużo, natomiast bardzo istotne jest to, że na poziomie leadów pochodzących z inbound marketingu mam najwyższy współczynnik zamknięć. To znaczy najwięcej tych leadów kończy się sprzedażą. To chyba wynika z tego, że ludzie, którzy znaleźli nas sami, ja o tym mówię w innym podcaście, mówię o tym w podcaście technologie na 2019 rok, jak ludzie kupują i dlaczego, kiedy pomożemy im przejść przez proces zakupowy u nas kupują chętniej, to w moim przypadku współczynnik zamknięć tych leadów pochodzących z inboundu przewyższa pięćdziesiąt procent, czyli powyżej co najmniej jedna firma na dwie, które się ze mną skontaktują tym kanałem, finalnie decyduje się na podjęcie współpracy z moją firmą w jakiś tam sposób, bo w niektórych przypadkach to jest jednorazowy, jednodniowy, krótki projekt, a w innych długa, wielomiesięczna współpraca, bo takie przypadki naturalnie też mam na koncie. Istotne jest to, żebym powiedział Wam jak to obecnie wygląda w przychodzie i policzyłem ten przychód za grudzień i za styczeń, i przychód w moim przypadku, który pochodzi z kanału inbound na dzień dzisiejszy to jest około sześćdziesiąt procent, czyli znowuż część, bez której być może firma by nie istniała. Co najbardziej cenię w inbound marketingu, to to, że ja jako, nazwijmy to, główna głowa firmy wolę siedzieć tą głową w biznesach moich klientów, zastanawiając się nad tym, jak je ulepszyć, poprawić, przyspieszyć i tak dalej, jednocześnie nie stresując się jakoś bardzo tym skąd, czy jak generować sprzedaż. To znaczy wolę rozmawiać z firmami, które trafiły do mnie same i chętnie dzielą się tym problemem, mając świadomość, że jestem w stanie im pomóc, niż jakoś bardzo skupiać się na tym, że muszę nasprzedawać tych swoich usług i tam poświęcać swoją energię. To znaczy to, że ten mój ekosystem generujący leady, ten inbound marketing, w moim przypadku funkcjonuje dwadzieścia cztery godziny na dobę i siedem dni w tygodniu, to dla mnie jest to taki handlowiec, który nie przestaje i pracuje cały czas i nie bierze urlopów czy L4, co jest dla mnie bardzo istotne. Na potrzeby współpracy z jednym z klientów ja się starałem oszacować ile może kosztować stworzenie takiego ekosystemu jak sellwise.pl z całą tą otoczką, czyli z treściami, z pozycjonowaniem, z optymalizacją strony, ze wszystkimi rzeczami, które były niezbędne do tego, żeby ten projekt odniósł sukces, to z jednej strony wyceniam to rzeczywiście na dziewięć, dwanaście miesięcy jako taki minimalny okres, kiedy ta inwestycja zaczyna się zwracać, natomiast na poziomie złotówek i pieniędzy, które to nam pochłania, to wydaje mi się, że jest to w moim przypadku, gdybym chciał to zrobić firmami pobocznymi, to musiałoby to być od stu pięćdziesięciu do dwustu tysięcy złotych, więc kwota też w wielu przypadkach niemała. W sytuacji, w której klient musiałby mieć marketera, który dedykowanie zająłby się tematem, zajmował nim cały czas, to oczywiście ta kwota odpowiednio rośnie do około dwustu pięćdziesięciu, trzystu tysięcy złotych, w zależności od marketera, więc jest to wydatek tam na pewno bardzo zauważalny. Jednocześnie uważam, że te projekty najczęściej się nie udają, dlatego że robimy je niskim nakładem kosztów i jednocześnie nie skupiając się na tym, żeby to było naprawdę dobre, fajne, interesujące i żeby coś to wnosiło w życia naszych klientów. Wydaje mi się też, że warto wspomnieć o wytrwałości, że inbound to taki kanał, który wymaga wytrwałości, bo przez pierwsze półtorej roku pisania na blogu miałem poczucie, że piszę do pustej przestrzeni, że nikt tego nie czyta, że nikt na te treści nie zwraca uwagi. Myślę, że to jest najtrudniejsze w inboundzie i to to jest najtrudniejsze przy inwestowaniu. To znaczy wielu decydentów chciałoby przez trzy miesiące wkładać pieniądze i od razu spodziewać się jakiegoś efektu, natomiast w wielu firmach może to być dwadzieścia cztery, a i trzydzieści sześć miesięcy testowania bez żadnych konkretnych mierzalnych efektów. Jeden projekt u jednego z moich klientów, u którego budowaliśmy kanał inbound, na przykład wyglądał tak, że prezes już rzeczywiście był dość, nazwijmy to, zły, miał chyba siódmy miesiąc czy ósmy tego wspólnego projektu, natomiast w tym właśnie siódmym czy ósmym miesiącu, już nie pamiętam dokładnie, przyszedł lead jeden na tak dużego klienta, który spłacił całą tą inwestycję po dziesięcioro. Naprawdę, bo to było do tego stopnia ważny i wartościowy lead. Zatem na pewno kanał inbound nie jest łatwy. Myślę, że trochę udowodniłem tej niełatwości w tym podcaście. Jednocześnie na pewno jest bardzo satysfakcjonujący. Ja go bardzo lubię. Lubię nad nim spędzać czas. Lubię się nad nim zastanawiać. Lubię to wyrażać. Jest też trochę niewdzięczny przez tą właśnie taką pustkę. Na pewno jest trudny, ale żeby zamknąć pozytywnie wrócę do tego, że jest bardzo, bardzo satysfakcjonujący.

To tyle z mojej spowiedzi na temat inboundu w mojej firmie. Czas zamknąć podcast jakimś takim spójnym wnioskiem, jednak spójnego wniosku nie będzie. Powiem tak, że dziękuję za wysłuchanie tym, którzy wysłuchali, tradycyjnie zresztą. Jeżeli inbound wydaje Wam się interesujący, to zachęcam do rozmowy ze mną. Jednocześnie, jeżeli macie inne doświadczenia z inboundem, to piszcie albo na blogu, albo pod tym podcastem, albo na maila. Jeżeli macie jakieś problemy z własnym inboundem, bo Wasz inbound nie generuje klientów, to być może jakoś będę w stanie Wam w tym pomóc. Jeżeli macie inne obserwacje dotyczące na przykład ilości użytkowników albo sami chcecie się podzielić tym jak ten inbound u Was zaprocentował, to tym bardziej piszcie, ja chętnie o tym powiem w następnym odcinku jako nawiązanie do poprzedniego. Kończy się tym dziesiąty odcinek. Ja bardzo dziękuję Wam za to, że słuchacie tego podcastu. Jednocześnie tradycyjnie zapraszam do tego, żeby subskrybować ten podcast na www.sellwise.pl/nsm jak Nowoczesna Sprzedaż i Marketing. Tam jest takie okienko, w którym można zostawić swojego maila, a ja niezobowiązująco, bez żadnego spamu, będę wysyłał Wam po prostu co tydzień linka do nowego odcinka. Dzięki temu oczywiście tego nowego odcinku nie przegapicie. Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję za wysłuchanie. Bardzo dziękuję Wam za to, że słuchacie mojego podcastu. Jeszcze raz zachęcam do subskrypcji. Serdecznie pozdrawiam wszystkich słuchaczy, Szymon Negacz, podcast Nowoczesna Sprzedaż i Marketing. Pozdrawiam.